Polskie Stowarzyszenie Promocji Oświatowych OPP
  • Społeczna Szkoła Podstawowa nr 13 z Oddziałami Dwujęzycznymi
  • Gimnazjum Niepubliczne nr 12 z Oddziałami Dwujęzycznymi
  • Liceum Ogólnokształcące Niepubliczne nr 43

Katarzyna Budzyńska

Instruktorka nauki jazdy, szkoleniowiec, pracownik Automobil Klubu i... absolwentka naszego liceum.

 

Poniżej fragment wywiadu z p. Kasią, który ukazał się na naszym blogu Wysokie loty

Jak wspomina Pani początki szkoły? Cóż, nauka w barakach była ciekawym okresem w życiu chyba wszystkich. To był trochę taki mały koniec świata. Dopiero teraz rozwijają się na Młocinach jakieś sklepy, osiedla, cywilizacja tu dotarła. A wtedy jechało się i jechało… mijało się co najwyżej jakieś drzewka, krzaki… i po pewnym czasie wyłaniały się te nasze baraki. Na pewno było oryginalnie, chyba nikt tak nie zaczynał. Dzięki temu też nigdy nie było... "szkolnie". Tutaj atmosfera była zawsze bardziej domowa...

Jak zmieniła się szkoła przez te lata? Oj, bardzo się tu zmieniło. Na pewno tam gdzie macie pokój nauczycielski, był gabinet Pani Dyrektor. A przy schodach, tam gdzie teraz macie sekretariat, była szatnia. Pamiętam też, że mieliśmy radiowęzeł. Puszczało się w nim muzykę, było to też takie miejsce spotkań tych „najfajniejszych”.

Czy wykorzystuje Pani wiedzę zdobytą w szkole? Jak? Tak szczerze, to może nie tyle wiedzę tu zdobytą, ale umiejętności: pomogło mi w życiu to, że nauczyciele dawali nam pewną samodzielność. Nie traktowano nas szablonowo, nie trzymano w sztywnych ramach, do których my mamy się dostosować, tylko dawano nam się rozwijać.

W szkole przebywa się pięć dni w tygodniu, z tą samą grupą przez kilka lat, jest ciepło, miło i bezpiecznie. I nagle matura, studia, nowe osoby, anonimowość. Dzięki temu, że nie prowadzano nas tutaj za rączkę, łatwiej było odnaleźć się w życiu. Więc najważniejsza nie jest geografia, historia czy plastyka, ale właśnie kwestia nauczenia samodzielności.

Za czym Pani najbardziej tęskni? Najbardziej chyba za wycieczkami szkolnymi. Było to takie oderwanie się od rzeczywistości, coś nowego, fajnego, raz albo nawet dwa razy w roku... Teraz, kiedy ma się stałą pracę, dużo trudniej wyrwać się, odpocząć.

Którego nauczyciela wspomina Pani najczęściej? Mam ogromny sentyment do Pana Romka, bo uczył mnie właściwie od początku, zna mnie od ósmego roku życia, chodziłam do niego na dodatkowe zajęcia. To jest jeden z najlepszych nauczycieli. Uczy, bawi i jeszcze nawiązuje kontakt z ludźmi. Naprawdę nauczyciel z powołania.

Pamiętam, jak w tych baraczkach, w zerówce, pierwszej klasie, stawiał nam piątki za rysowanie szlaczków czy kolorowanie zwierzątek, oraz za to, że potrafiliśmy powiedzieć zdanie typu Monkey is Brown. Wiadomo, traktował nas tak, jak traktuje się dzieci, chociaż był wymagający - samym swoim zachowaniem sprawiał, że chciało się więcej uczyć. Potem dopiero zaczął nas, nazwijmy to „tresować”, w dobrym znaczeniu. I efekty jego pracy widać do dziś.

Przyznam, że wszyscy starzy znajomi, z którymi rozmawiam, miło go wspominają. Pan Romek jest tak przeuroczym człowiekiem, że nie da się go nie lubić. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest tak samo wymagający, jak sympatyczny.